Świadectwo Romana

Urodziłem się w przeciętnej polskiej rodzinie. Tata był niewierzącym a mama niepraktykującą katoliczką. Jak większość dzieci w drugiej klasie poszedłem do komunii świętej. Po tym wydarzeniu mój kontakt z kościołem i religią uległ przerwaniu. Jako chłopak z robotniczej rodziny większość czasu po przyjściu ze szkoły spędzałem z kolegami na podwórku bawiąc się i robiąc różne rzeczy, niektóre nie zawsze dobre. Myślę, że nie ma tu potrzeby pisać o szczegółach mego złego postępowania. Każdy może sobie wyobrazić co dorastający, dojrzewający chłopak może robić z kolegami. W tym czasie nie myślałem w ogóle o Bogu, grzechach, kościele czy czymś podobnym, takie tematy nie były poruszane w naszych rozmowach. Miałem swój świat, czas beztroskiej zabawy. Nie trwał on jednak długo. W pewnej chwili obudziło się we mnie sumienie które mnie zaczęło oskarżać. Nie wiedziałem i nie rozumiałem skąd się to we mnie wzięło. Nie czułem się z tym dobrze. Oskarżało mnie ono mówiąc mi, że to co robię i jak żyje jest złe. Nikt mi wcześniej nie mówił że moje postępowanie jest złe, tym bardziej że wszyscy tak żyli. Ten wewnętrzny niepokój i brak zaspokojenia sprawiał, że nie byłem szczęśliwy. Nie wiedziałem co robić. Oczywiście z nikim na ten temat nie rozmawiałem. Postanowiłem zwrócić się do religii, myśląc, że jak zacznę chodzić do kościoła to ten wewnętrzny niepokój zniknie. W siódmej czy ósmej klasie postanowiłem świadomie się zapisać na religie, zostałem też ministrantem. Zacząłem regularnie chodzić do spowiedzi, jednak ten wewnętrzny niepokój nie znikał a grzechy z którymi się zmagałem nie odchodziły. Po spowiedzi wracałem do mojego grzesznego sposobu życia. Nie chciałem grzeszyć, chciałem być dobry ale coś wewnątrz mnie zmuszało mnie do grzechu. Nie rozumiałem tego. Toczyła się we mnie wewnętrzna walka, naprawdę cierpiałem. Nie wiedziałem co robić. Pewnego razu ksiądz powiedział że jest sposobność pojechania do Krakowa na kilka dni do seminarium i zobaczenia od wewnątrz jak tam jest. Pojechaliśmy w kilka osób nie pamiętam ilu nas tam było, pamiętam jedynie mojego kolegę z mojej miejscowości z którym byłem blisko ( został księdzem ). Było to coś nowego, religijna atmosfera i oddzielenie od świata, tego złego świata spowodowało że zapragnąłem zostać księdzem. Po przyjeździe do domu poinformowałem rodziców że chcę zostać księdzem. Mama wpadła w płacz. Nie miało to wpływu na moje postanowienie. W tym czasie chodziłem do zawodówki. Po niedługim czasie poznałem dziewczynę Lidię w której się zakochałem. Przysłoniła mi cały świat. Oczywiście pragnienie bycia księdzem odeszło ale nie pragnienie Boga i oskarżenia sumienia które cały czas we mnie były. Bardzo chciałem być z tą dziewczyną i spędzić z nią resztę życia. Pobraliśmy się bardzo młodo. Wymusiłem na rodzicach nasz ślub. Mama Lidii była pielęgniarką i załatwiła nam lewe zaświadczenie że Lidia jest w ciąży i na podstawie tego zaświadczenia dostaliśmy zgodę sądową na zawarcie ślubu. Oczywiście było to oszustwo ale ja tak bardzo kochałem Lidię że nic poza tym mnie nie interesowało, po prostu chciałem z nią być. Pobraliśmy się, ja miałem 19 lat. Wzięliśmy ślub kościelny. Po zawarciu ślubu ja jako religijny człowiek przynaglałem moją żonę do chodzenia do kościoła na msze. Dalej byłem ministrantem. Po kilku miesiącach moja żona zaszła w ciążę. W siódmym miesiącu okazało się, że z dzieckiem jest coś nie tak, że się nie rusza. Okazało się że dziecko nie żyje. Została przeprowadzona cesarka i diagnoza że już więcej nie będziemy mieć dzieci. Cały nasz świat się zawalił. Moja żona się załamała a ja jako młody niedojrzały mąż nie wiedziałem co robić i jak pomóc naszemu małżeństwu. Utrata dziecka, brak perspektywy na następne, załamana żona i ten jeszcze wewnętrzny niepokój związany z moim grzesznym, bezbożym życiem przygotowywało mnie na najważniejszą chwilę mojego życia. Oczywiście zewnętrznie wszystko wydawać by się mogło że jest w porządku, chodzę do kościoła, jestem ministrantem, chodzę do spowiedzi cóż jeszcze trzeba? Nikt nie znał moich myśli, pragnień i to jak żyję. W tym najtrudniejszym momencie mojego życia Bóg zmiłował się nade mną kontaktując mnie z koleżanką mojej żony która ogłosiła mi ewangelię, dobrą nowinę o tym że Bóg mnie kocha ( Ew. Jana 3.16,17 ) i że chce mnie zbawić z moich grzechów i dzięki narodzeniu się z Boga ( Ew. Jana 3.5-7 ) dać mi życie wieczne w Chrystusie ( Ew. Jana 11.25 ; 1 Jana 5.11-13 ). Powiedziała mi że powinienem wpuścić do swojego życia, serca, żywą osobę Jezusa Chrystusa. Oczywiście uważałem się za wierzącego, przecież byłem ochrzczony i chodziłem do kościoła ale kiedy usłyszałem jej słowa zrozumiałem że nie mam życia wiecznego i moja wiara w Boga jest tylko intelektualnym zrozumieniem i przyjęciem faktu że Bóg jest ale nie ufałem mu i nie miałem Go w sobie i On nie miał na mnie żadnego wpływu. Zrozumiałem też, dlaczego grzeszę – bo mam grzeszną naturę która jest silniejsza od mojej woli ( Rz 7.15-20 ), że potrzebuje innej nowej natury która nienawidzi grzechu i nie ma z nim nic wspólnego, a która jest w Chrystusie. Pamiętam kiedy w malutkim pokoju naszego mieszkania trzydzieści lat temu w prostej modlitwie wyznałem Bogu moje grzechy, prosiłem o przebaczenie i świadomie oddałem swoje życie Bogu czyniąc Jezusa Chrystusa swoim Panem, prosiłem by wszedł we mnie i obdarzył życiem wiecznym. Nic szczególnego się nie wydarzyło ale to co mogłem wyrażnie odczuć to to że poczucie winy, ten wewnętrzny niepokój znikł. Pojawiło się w moim wnętrzu odczucie pokoju, wiedziałem że Bóg przebaczył mi moje grzechy. Zobaczyłem też, że straciłem pragnienie na grzeszne rzeczy, z niektórych grzesznych praktyk zostałem automatycznie uwolniony. Było to coś cudownego. Wiedziałem że mam Pana któremu mogę powierzać wszystkie swoje sprawy i troski. Moje życie nabrało sensu i znaczenia. Muszę tu powiedzieć że moja kochana żona też oddała swoje życie Chrystusowi. Po kilku miesiącach Lidia zaszła w ciążę. Lekarka nie dowierzała co się stało. Urodził nam się syn Piotr a po roku kolejny, Mateusz. Doświadczaliśmy ze strony Boga dużo łaski by móc sobie przebaczać i przebaczać innym. Dzisiaj jesteśmy małżeństwem już z 34 letnim stażem. Przechodzimy razem przez różne sytuacje, trudne i radosne ale w tym wszystkim uczymy się ufać naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi i pozwalać Mu by czynił sobie mieszkanie w naszych sercach dla Jego pragnienia którym jest kościół jako Ciało Chrystusa. Poznaliśmy też wiele wspaniałych osób kochających Boga.